Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arrowverse. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arrowverse. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 maja 2024

The Flash (2014) – Season 7

Chyba pora rozprawić się z resztą Arrowverse i innych seriali DC. Siódmy sezon Flasha zaczyna się niewiele po szóstym. Sytuacja jest bez zmian: Złolka z poprzedniego sezonu się panoszy, Iiris nadal tkwi w lustrze, Speed Force nie istnieje, a Flash posiłkuje się sztucznie stworzoną prędkością. Wells próbuje odtworzyć Speed Force, zaś Cisco i Caitlin pozostają nieobecni. Całość trwa dosyć krótko (choć dłużej niż numer odstawiony w ostatnim sezonie Supergirl).

Potem wskakujemy w drugi wątek: Speed Force walcząca z innymi siłami. Pomijając na moment drakę obejmującą personifikacje mocy, zastanawiam się, dlaczego użyto ich zamiast klasycznych łotrów. Wszak to nie jest tak, iż Flash cierpi na deficyt przeciwników w komiksach. Nora jest strasznie rozchwiana i głupio uparta. W zasadzie z tej ekipy tylko jedna postać wykazuje się rozsądkiem, reszta sztucznie wydłuża story arc. Na szczęście dla oglądającego liczba osób zaangażowanych jest na tyle ograniczona, że nawet przy wspomnianym wydłużaniu historia kończy się w jedenastym odcinku z osiemnastu. Dwunasty to pożegnanie z Cisco (w przeciwieństwie do piątego sezonu takie oficjalne, definitywne, lecz zostawiające furtkę na występy gościnne) i pojedyncza sprawa.

Od trzynastego rozpoczyna się miks wątków, których okruchy były rozsiane po dwóch poprzednich. Najpierw Cecile, która nie jest sobą – to zamykamy najszybciej, bo pora kontynuować podejrzaną przeszłość Kristen Kramer. Przyznam się, że jak tylko wrzucono to na warsztat, liczyłem na przyzwoitego złola. Babka o szemranej przeszłości, chcąca udupić wszystkich metaludzi (legalnie lub nie) i mająca ku temu środki. Brałem poprawkę na to, że to CW, więc całość będzie przefiltrowana przez ichni infantylizm. Wiele się nie pomyliłem. W międzyczasie rozpoczyna się „wojna” speedsterów, w której po jednej stronie stają Flash x2, Reverse Flash, XS oraz Impulse, a po drugiej armia Godspeedów. Finałem jest pojedynek na miecze z błyskawic…

Jak na kiczowate widowisko o trykociarzach, siódmy sezon byłby znośny. Dużo się dzieje, nie ma pojedynczego zagrożenia, każdy robi swoje, autorzy nie moralizują bezczelnie widza, ani nie wciskają dyrdymałów typu „We are the Flash.” Brzmi obiecująco, nie? Niezupełnie. Głównym motywem tego sezonu wydaje się być wybaczanie i łagodzenie konfliktów. Ma to swoje wady i zalety. Zalety – jest w tym jakieś przesłanie, morał i pozytywna wartość. Wady – próba rozwiązania wszystkich konfliktów takim sposobem jest co najmniej przesłodzona i brakuje tego, że czasami ktoś (dla odmiany inny niż bohaterowie) dostanie solidny łomot. Niestety nawet jeśli ktoś definitywnie oberwie po głowie, to nigdy od Flasha. Barry wydaje się być tylko pośrednikiem między postaciami. Pomimo tego, że wszędzie go pełno, odnosi się wrażenie, iż wszyscy zażegnują konflikty i rozwiązują problemy, tylko nie on! Czy ja po to oglądam Flasha, by widzieć, jak ostatniego złego załatwia Reverse Flash?

Nie pomaga też zauważalnie mniejszy budżet. Wbrew pozorom nie chodzi o efekty specjalnie (bywało, że wyglądały gorzej), ale np. o statystów. W Jitters bywało od groma ludzi, teraz w scenie jest dwójka bohaterów i barista.

Ciekawostką jest też ostatnia scena, która tak naprawdę mogłaby stanowić zwieńczenie serii, lecz biorąc pod uwagę ostatnie słowa Allena, to było proszenie się o kłopoty, a przed Scarlet Speedsterem jeszcze dwa sezony. Siódmy dostaje ode mnie: 3+.

niedziela, 17 września 2023

Supergirl – Season 6

Ostatni sezon jednego z seriali ze znikającego Arrowverse. Cieszę się, że mam go za sobą. Supergirl nigdy nie była wybitnym, ba, nawet dobrym serialem, a szósty sezon nijak tego nie zmienił.

Historia rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym zostawił nas S5. Otwarcie wygląda dosłownie, jakby ktoś wyciął finał, byle tylko zrobić cliffhanger, a teraz łaskawie go kontynuuje. Zamknięcie tego wątku zajmuje dosłownie parę minut, a następnie przechodzimy do clou serii – Supergirl uwięzionej w Phantom Zone oraz Lexa Luthora próbującego uwolnić świat od Kryptończyków i innych dziwaków (co autorzy zamykają w szafie na większość sezonu, bo chyba nie było ich stać na gażę aktora). Żeby było dziwnie, uwolnienie Kary wcale nie zajmuje całego sezonu, gdzieś w siódmym odcinku jest już po sprawie. Od tej pory mamy do czynienia z nową antagonistką. Żeby było dziwniej, w tym samym czasie Supergirl jest spychana na drugi plan i stanowi wyłącznie wsparcie wszystkich innych historii pobocznych. Każda z nich wydaje się nudna, wydumana i upchnięta tylko dlatego, że to ostatni sezon. Nagle mamy przejmować się losami Dreamer? Nagle mamy odkrywać korzenie Leny Luthor? Jeśli myśleliście, że scena z samymi żeńskimi bohaterkami w Endgame była żenująca, to wyobraźcie sobie cały taki sezon, gdzie pocztówkowymi postaciami są lesbijki Sentinel i Guardian (siostra Olsena przejęła tę rolę). Aby podkreślić, jak bardzo są wypychane na pierwszy plan, podam przykład z finału. Standardowy odcinek to jakieś 45-50 minut trwania. W finale ostateczne starcie z Luthorem i Nyxly z uwzględnieniem występów gościnnych Wynna, Mon-Ela i Jimmy’ego Olsena trwa dokładnie 15 minut. Cała reszta to ślub wspomnianej pary i rozpływanie się nad sobą w kółku wzajemnej adoracji.

Żeby nie było – gdy na moment zapomnieć, że to jest Supergirl (o co nietrudno, bo są odcinki z jej minimalnym lub zerowym udziałem), to pojedyncze epizody nie są takie najgorsze. Niektóre z nich przywodzą na myśl młodzieżowe, kiczowate s-f rodem z lat ’90. Takie zapchajdziury, na które trafiło się przypadkiem podczas skakania po kanałach i w zasadzie mogą sobie lecieć w tle lub usypiać w nocy. Sęk w tym że takich odcinków jest może ze 2 na 20. I te wyjątkowo nie skupiają się na żadnych problemach, tylko głównym wątku, jak głupi by nie był.

To ostatnie podkreśla też problem, jaki fundują autorzy współczesnych komiksów lub innych mediów trykociarskich. Dawno temu superbohaterowie nawet pomimo posiadania życia osobistego byli w pierwszej kolejności właśnie superbohaterami. Z czasem zaczęto dorabiać im bardziej ludzkie twarze (choć w przypadku niektórych poszło to wręcz w kierunku znęcania się, np. Peter Parker i Matt Murdock mają nie pod górkę, tylko po zboczu wulkanu, z którego płynie lawa, a oni idą w betonowych butach). Zaś teraz odnoszę wrażenie, że wszystkie inne ludzkie i przyziemne problemy mają priorytet nad superbohaterstwem. Ba, w przypadku tego sezonu nie chodzi nawet o dylematy Kary (trafia się jeden sensowny, ale będący popłuczynami po Spider-Manie 2 Raimiego), lecz dosłownie wszystkich innych. Tylko po jaką cholerę? Serial nazywa się Supergirl, a nie The Amazing Everyday Life of Supergirl’s Friends!

Jak wspomniałem we wstępie, Supergirl nigdy nie grzeszyła ambicją. Jej największym problemem nie było nawet to, że próbowano z niej zrobić platformę dla treści woke, co odbiło się czkawką już po pierwszym sezonie, gdy ze swojej oryginalnej stacji emigrowała pod skrzydła CW. Choć dawało się zauważyć, że im mniej takich bzdetów, tym znośniej się oglądało. Nie, największymi problemami jest zwyczajna głupota scenariusza, naiwność bohaterów, niepotrzebne zmiany względem komiksów i bezczelna pewność autorów i producentów, że wszystko to da się przepchnąć na fali popularności trykociarstwa z dużego ekranu oraz akceptacji krzykaczy z Twittera. Na pożegnanie serialu ostatni sezon dostaje 1+.

niedziela, 22 stycznia 2023

Legends of Tomorrow – Season 6

Zgodnie z cliffhangerem z piątego sezonu Sara została porwana, a w wyniku typowo durnych dla serii wydarzeń trafia na drugi koniec kosmosu niczym załoga Voyagera, uwalniając po drodze zastępy kosmitów, którzy postanawiają osiedlić się na Ziemi. Legendy chcą złapać ich po kolei, bo a nuż dzięki temu uda się ustalić, w jakim kierunku została porwana pani kapitan.

Oprócz głównego wątku mamy cały zestaw dodatkowych. Panuje tu bałagan pokroju rzucania pierdyliarda przynęt do wody i czekania, która chwyci. Najgorsze jest to, że żadna. Główny zły nijak nie potrafi stworzyć atmosfery zagrożenia nawet w finale, gdy gówno trafia w wentylator. Natomiast pokonanie go jest chyba jeszcze głupszym pomysłem niż dotychczasowe. I tak, będzie kojarzyć się z Troskliwymi misiami. Do tego dochodzi planowanie ślubu przez Sarę i Avę, związki między kilkoma innymi osobami w załodze i poza nią, dwie nowe osoby na pokładzie i John Constantine tracący moc. Żeby jeszcze podkreślić, jak bardzo autorzy wiją się w tym wszystkim, należy wspomnieć o zakończeniu, które (gdyby nie kolejny cliffhanger) mogłoby zamknąć serię zanim definitywnie skasowano cały Arrowverse (który i bez tej decyzji jechał już na oparach).

Kolejnym problemem, jaki mam z Legendami na tym etapie, jest brak klimatu superbohaterskiego. Niby kosmici i otoczka s-f też są wpisane w mitologię DC, ale tutaj nie czuć ani komiksu, ani trykociarstwa. Nawet nie tyle adaptowanych, co po prostu jakichkolwiek. Serial zawsze zajeżdżał plastikiem i tandetą, ale tutaj odnosi się wrażenie, że poza tymi aspektami nie zostało już nic. Aktorzy starają się coś wycisnąć z tego materiału, lecz jest tak durny, iż pozostaje pozazdrościć profesjonalizmu, z jakim do niego podchodzą, bo nawet im powieka nie drga podczas wygadywania kolejnych dyrdymałów. Przynajmniej do czasu, gdyż Dominic Purcell zakończył stałą współpracę na tym sezonie. Ponoć producenci nie traktowali swojej pracy równie poważnie.

Przy czym nie wszystkie wymiany zdań są tak głupie. Niektóre z dialogów potrafią bawić, a spostrzeżenia bywają celne. Uwielbiam to, jak zmienił się Rory / Heat Wave. Jego obecna rola cynicznego komentatora fabuły pasuje do niego w 100%. Np. w drugim odcinku Legendy ścigają kosmitę, którego obstawianą formą jest maź przypominająca sos do burgerów, co Rory kwituje: Sara jest o 1 dzień bliżej śmierci, a ty masz zamiar ścigać majonez?

Oprócz Heat Wave’a ekipę opuszcza także Constantine, choć tu przyczyna jest dużo bardziej złożona. Jeśli wierzyć teoriom, jest to efekt działań firmy J. J. Abramsa, który chciał przeforsować własną wersję postaci w innym tytule, ale niespecjalnie udany Sandman Netflixa pogrzebał również te intencje. Prawdopodobnie stąd też wziął się pomysł sequela filmu z Keanu Reevesem. Co prawda jego interpretacja również jest daleka od komiksów, ale w przypadku braku wersji Ryana zdecydowanie wolę powrót Keanu. A co z Mattem? Dostał angaż na kolejny sezon w innej roli.

Legends of Tomorrow nie bawi, ani nawet nie stanowi dobrej zapchajdziury na czas obierania ziemniaków. Jest to nudny kicz, który ciągnie się bez sensu i nawet dla kilku momentów rechotu nie warto poświęcać czasu. Moja ocena: 2.

niedziela, 7 sierpnia 2022

Black Lightning – Season 4

Ostatni sezon Błyskawicy. Z jednej strony zaczyna się ciekawie: BL i spółka są psychicznie wyczerpani swoją sytuacją i niespecjalnie potrafią sobie z tym poradzić, a już zwłaszcza we własnym gronie. Z drugiej strony seria robi krok wstecz o 3 sezony, bo na dzień dobry Jefferson, żeby odreagować, wyładowuje się (dosłownie) na stereotypowych, białych policjantach-dupkach (bo widocznie w Freeland tylko tacy są). Sytuacji nie poprawia też przywrócenie Tobiasa Whale’a, bo to już (znowu: dosłownie) wyciąganie trupa z szafy i śmierdzi brakiem pomysłu. Ale OK, poprzedni sezon zdołał mnie pozytywnie zaskoczyć, może i temu się uda.

Napięcie w rodzinie Pierce’ów to zdecydowanie najlepsza część sezonu. Rozwałka, w jakiej wzięli udział w poprzednim, uświadomiła każdemu co innego. O ile kobiety zdają się rozkręcać, o tyle Jefferson ma najwięcej wątpliwości, do tego podszytych ogromną ilością gniewu i frustracji. Nie pomaga też publiczna dyskusja na temat efektów zabawy trykociarzy, którzy przez wzgląd na brak większego zagrożenia stają się celem społeczności. Okazuje się, że nawet zwalczanie przestępczości należy uskuteczniać bardziej odpowiedzialnie, gdyż powszechna demolka nijak nie poprawia niczyjej sytuacji.

Byłem w szoku, że na tle coraz większej bufonady serwowanej np. we Flashu, Supergirl, czy Batwoman, autorzy BL mają jaja, żeby poruszać takie tematy. Cholera, w jednym z odcinków doceniają nawet ojcostwo, a matka jest tą przyznającą się do błędu! Nie jest to jedyne zaskoczenie serwowane przez twórców. Jednocześnie ani na moment nie porzucają superbohaterskiej konwencji. Postacie nadal chcą walczyć z przestępczością, nadal chcą być symbolem, zaś zwykli mieszkańcy wciąż chcieliby szukać w nich inspiracji. Może nadinterpretuję, ale gdybym miał zestawić drugą serię Batwoman i czwartą Black Lightning (emitowane w tym samym sezonie), to BL wychodzi na przemyślaną i dużo bardziej zrównoważoną historię, umiejętnie żonglującą rozrywką oraz motywami codzienności.

Żeby nie było, to nie jest Daredevil, ani nawet drugi sezon Arrow. Ocena wynika bardziej z tego, że ta seria BL nie jest tak durna, jak większość pozostałych z tego samego sezonu. Przy wszystkich swoich plusach nadal zawiera głupoty typu: tylko biali gliniarze są niekompetentni, tekst piosenki w coverze In the Pines zmieniono z „My girl, my girl…” na „Black girl, black girl…”. Do tego wymianę aktorki grającej jedną córek Pierce próbuje się przepchnąć na poziomie fabularnym. Koniec końców oryginalna aktorka i tak wraca do roli w finale, przez co cały zabieg robi się niepotrzebną zapchajdziurą mieszająca w niemałym kotle z wątkami. No i sceny akcji nadal nie są jakieś uber wyszukane, a i tak wypadają lepiej od tych z Batwoman. Jednocześnie zakończenie jest na tyle zamknięte (nie całkowicie, ale jednak), że nie ma co narzekać na brak dalszego ciągu nawet przy rosnącym poziomie całości. Kto wie, może ci sami autorzy przy innej stacji i w innym klimacie społeczno-popkulturowym mieliby szansę na stworzenie czegoś naprawdę dobrego, a tak muszę obecną ocenę usprawiedliwiać okolicznościami. Moja ocena: 4-.

niedziela, 27 marca 2022

Batwoman – Season 2

Pierwszy sezon był tragiczny. Odtwórczyni głównej roli, Ruby Rose, pożegnała się z serialem i w sumie nie wiadomo, czy ze swojej winy, atmosfery na planie, czy jeszcze czegoś innego. Wystarczy powiedzieć, że na odchodnym było słodko, a parę miesięcy później zaczęło się publiczne pranie brudów. Jak to wpłynęło na drugi sezon (oprócz oczywistej zmiany bohaterki)? Wydaje mi się, że odejście Ruby tak jakby spadło autorom z nieba, bo mieli teraz cały sezon zapchajdziury.

Kate Kane zaginęła. Jej kostium znalazła nowa bohaterka: Ryan Wilder (spełnienie marzeń wszelkiego rodzaju aktywistów, bo tym razem nie dość, że jest lesbijką, to jeszcze jest Afroamerykanką). Raz dwa wkręciła się w ekipę Batwoman i… to tyle? Poszczególne odcinki łączy kilka motywów: poszukiwania Kate przez różne osoby (od jej ojca, przez ekipę Batwoman, po Alice), walka z kolejnymi złolami (np. Black Mask) i osobista zemsta Ryan.

Z pozytywnych aspektów muszę wymienić samą Ryan. W przeciwieństwie do Kate i pomimo głupot wygadywanych w podobnym tonie jest bardziej wiarygodna (przynajmniej w pierwszej połowie sezonu). Ma problemy z obsługą ekwipunku, często dostaje łomot i ogólnie widać, iż musi stawiać czoła konsekwencjom swoich niepowodzeń. Drugim jest (i sam nie wierzę, że to piszę) Black Mask. Nie jest to rewelacyjna interpretacja, ale potrafi sprawić wrażenie trzymania za pysk sporej grupy i wypada lepiej od wersji Ewana McGregora z Birds of Prey. Dla równowagi postać Stephanie Brown spieprzono dokumentnie. Trzecim jest gra aktorska Alice, ale do tego przyzwyczaił nas poprzednik (jeśli ktoś go oglądał).

Cała reszta jest po staremu. Brak logiki w przebiegu fabuły (finał czternastego odcinka to bodaj jedna z najgłupszych rzeczy, jaką widziałem w serialach), bezsens stojący za istnieniem organizacji Crows, policja będąca niemal wyłącznie w roli antagonistów, zasady fizyki wyrzucone przez okno, sztywne aktorstwo, żałosne sceny akcji i jeszcze większa taniocha bijąca z ekranu. Tradycyjnie każdy facet to dupek (no chyba że jest gejem lub ma skórę inną niż biała) lub idiota (tutaj nie chroni nawet kolor skóry, no chyba że jest gejem), a każda kobieta to lesbijka (przez co ma się wrażenie, że nieważne, jaki procent całej populacji stanowią osoby homoseksualne, wszystkie bez wyjątku mieszkają w Gotham). Żeby było śmieszniej – motyw z niby zaginioną Kate jest dojony do oporu. Przez pół sezonu wszyscy jej szukają, potem niby znajdują i robią nawet jakiś pogrzeb, a następnie okazuje się, że jednak żyje w dość specyficznej sytuacji (usprawiedliwiającej obsadzenie innej aktorki, która, paradoksalnie, wizualnie bardziej pasuje na siostrę Alice) i o tym (o ponownym odkrywaniu i reagowaniu) jest drugie pół sezonu. Wszystko tylko po to, by na stałe obsadzić Ryan w ekipie Batwoman (bo na początku autorzy zwodzą widza, iż to nie jest takie pewne). O braku pomysłów na ten sezon niech świadczy fakt, że jeden z odcinków poświęcono bieda wersji Resident Evil. Z tą różnicą, że substancją zarażającą była felerna partia narkotyków, a nie wirus z tajnego laboratorium. Na koniec zostaje finał, który nieudolnie kopiuje… finał drugiego sezonu Arrow

Najbardziej zaskakujące jest to, iż z prawie każdym odcinkiem serial zalicza coraz niższą oglądalność, a jednak powstał trzeci sezon. W międzyczasie stacja CW została wystawiona na sprzedaż, zaś obsadę opuścił również Dougray Scott (i całe szczęście dla niego). Nie mam pojęcia, jakim cudem udaje się to finansować. W każdym razie Batwoman S2 dostaje ode mnie: 1+.

niedziela, 26 lipca 2020

Legends of Tomorrow – Season 5


Ósma odsłona Arrow niemal skończyła się na Kryzysie na nieskończonych Ziemiach, piąta Legend zaczyna się od niego. Osią fabuły jest tym razem ściganie dusz złodupców znanych z kart historii, którym udało się czmychnąć z piekła i wrócić mniej więcej do okresu, w którym pierwotnie zakończyli żywot. We wszystko wmieszane są także trzy boginie losu, które chcą odzyskać dawną moc i ukształtować świat wg swojego widzimisię.

Jeśli to ostatnie brzmi znajomo, to macie rację – jest to niemal kalka pomysłu z drugiego sezonu i planu Legion of Doom. Różni się to tym, że obraną formą jest ta z sezonów trzy i cztery, a sam wątek Mojr jest zepchnięty na dość daleki plan i dopiero w drugiej połowie sezonu daje o sobie znać.

Nie licząc głównego wątku cała reszta sprawia wrażenie, jakby autorzy nie wiedzieli, co robić z postaciami, co starają się maskować humorem (tytuły poszczególnych odcinków to parodie znanych piosenek/filmów/seriali), dziwacznością znaną z czwartego sezonu, nieporadnością Heat Wave’a w kontaktach z córką, Constantinem, któremu sumienie rośnie do niebotycznych rozmiarów i… to w zasadzie najbardziej zauważalne motywy. Pozostałe zdają się być na ich tle wręcz nieistotne/banalne. Ogólny zamysł może wydawać się parodią rozrywki i popkultury jako takiej (np. w drugiej połowie trafia się epizod parodiujący różne, znane seriale i programy), ale jeśli nie liczyć niezłych nawiązań (w jednym z odcinków Legendy trafiają na teren, na którym kręci się… Supernatural… W końcu to ta sama stacja.), wiele z tych zabiegów przypomina dowcip bez pointy.

Z innych rzeczy wartych wymienienia: Ray i Nora opuszczają Arrowverse, Charlie opuszcza Legendy, a cliffhanger na koniec sezonu wydaje się być jakiś taki doklejony. W ogóle nie współgra z wydźwiękiem ostatnich scen.

Jeśli sezony 3 i 4 to wasz konik, piąty stara się być taki sam, choć nie jest tak poradny. Jeśli stać was na wyrozumiałość i lekkie podejście, ocena to 4-. Jeśli nie i czujecie się zmęczeni niewprawnością fabularną, ocena to 3.

niedziela, 19 lipca 2020

The Flash (2014) – Season 6

Sezon, który oglądałem już raczej pro forma. Przyznam się, że Flash od sezonu numer trzy wzwyż był jedną z przyczyn wypalenia się mojego entuzjazmu w stosunku do seriali o trykociarzach, a S6 był tak przeciętny, że nie zauważyłem, kiedy się skończył.

Podobnie jak z pozostałymi odsłonami Arrowverse na przełomie 2019-2020 tak i tu da się podzielić serię na 2 etapy: przed i po Kryzysie na nieskończonych Ziemiach. Ta część zapowiadała się zadziwiająco dobrze: postać Ralpha była rozwijana, Iris wreszcie zajęła się dziennikarstwem i to w ciekawy sposób, zamiast wygadywać dyrdymały typu „We are the Flash.”, a nowy łotr nie był zafiksowany na Flashu. Miał swój cel, do którego dążył po trupach. I to jest chyba jedyny przykład w tym sezonie, w którym Kryzys odbił się czkawką. Po wydarzeniu zresetowano głównego złego – jest nim ktoś inny. Owszem, poprzedni typ również zostaje wplątany w intrygę, ale jego rolę sprowadzono do poziomu pomagiera.

Niezrozumiałe są też dla mnie dwie decyzje, których efekty widać właśnie po Kryzysie. Pierwszą jest przywrócenie do zespołu Wally’ego Westa. Dlaczego akurat teraz? Sytuacja zarówno przed Kryzysem, jak i w trakcie była bardziej dramatyczna. Drugą decyzją jest kompletny retcon Hartleya Rathawaya, który ponownie musi przejść drogę od tego złego do dobrego i potencjalnego sojusznika na przyszłość. Normalnie jakby się skończyły pomysły na poszczególne odcinki. To ostatnie jest o tyle zabawne, że najpierw zaserwowano właśnie takie zapchajdziury, żeby wydłużyć sezon, a potem i tak go uwalono z powodu sytuacji z wirusem w koronie. Rezultatem jest niezamierzony cliffhanger i nie rozwiązany główny wątek sezonu. Śmiechem, żartem, ale na tym przymusowym ciachnięciu sezonu najlepiej wyszła Batwoman, bo gdyby tamta seria trzymała poziom, to jej cliffhanger zachęcałby do czekania na kolejny.

Szósty sezon to więcej dość przeciętnego trykociarstwa z kilkoma przebłyskami. Da się go oglądać, ale równie dobrze można zmienić kanał bez wyrzutów sumienia. Jeśli akurat brakuje wam jakiegoś hałasu do obierania ziemniaków lub wycierania kurzów, można spróbować. Moja ocena: 3+.

niedziela, 12 lipca 2020

Batwoman – Season 1

Jedyną pełnometrażową produkcją z udziałem Batwoman, jaką widziałem przed serialem, był film animowany: Batman: Mystery of the Batwoman. Oprócz tego wiedziałem, że w komiksach taka postać jest, ale nie śledziłem jej losów. Natomiast jedyną tajemnicą, jaką znajdziecie tutaj, jest to, dla kogo zrobiono ten serial.

Ze zwiastuna wynika na przykład, że bycie kobietą i do tego lesbijką to jedyna przewaga, jakiej potrzebujesz, by walczyć z przestępczością. Poza tym kobieta nigdy nie pozwoli, by jej zasługi przypisywano mężczyźnie. Nawet jeśli odniesie sukces za pomocą sprzętu zaprojektowanego i wykorzystywanego wcześniej przez mężczyzn, który sobie przywłaszczyła, bo jej wolno, bo jest kobietą. I jeśli myślicie, że cokolwiek z tego zmyślam, naprawdę powinniście obejrzeć wspomniany zwiastun. Pomimo bólu, jaki wywołało zgrzytanie zębami spowodowane ilością dyrdymałów w trailerze, postanowiłem dać szansę. Może to tylko jakiś matoł dorwał się do materiałów promocyjnych. Nie byłby to pierwszy raz, gdy jakieś widowisko zostaje zarżnięte przez niedopasowaną promocję. Niestety, w przypadku Batwoman otrzymujemy dokładnie to, co zapowiedziano.

Pomijając na moment podsycanie nastrojów typu: wszyscy faceci są be, chyba że nam pomagają, a wszystkie (albo większość) babki w Gotham City to lesbijki, serial jest zwyczajnie słaby z wielu innych, bardziej istotnych powodów.

Zacznijmy od pierwszego odcinka zawierającego wątek tajemnicy rodzinnej. Spoko, tylko że w drugim odcinku dałoby się go już rozwiązać, więc główna bohaterka nie daje dowodu do analizy, żeby wątek sztucznie trwał. Podobnie wyglądało zdobycie tego dowodu – nikt nie kwestionuje, skąd Kate go ma (zdobyła go jako Batwoman), przez co jej tożsamość można byłoby odgadnąć w dwa odcinki, ale wątek musi trwać. Przeskoczmy kawałek dalej. Podczas eventu Crisis on Infinite Earths wiele wątków i sytuacji zostało zresetowanych we wszystkich seriach. Alice zapomniała o tożsamości Batwoman, a co robi Kate? Pierwsza okazja i znowu zdejmuje maskę… Teraz wyobraźcie sobie podobne bzdury piętrzące się przez wszystkie pozostałe odcinki (w sumie 19). W tym akapicie mowa wyłącznie o fabule, a przecież dochodzą jeszcze założenia/tło, sceny akcji, czy choćby prosta fizyka.

Wizualnie Gotham City jest w porządku, ale jak działa – nie wiadomo. Kto i dlaczego dał możliwość działania organizacji The Crows, która najwyraźniej ma policję w poważaniu? Mogą wręcz urządzać polowania na swoje cele, zabijać je przy świadkach i nikt im nic nie zrobi. Nikomu nie podlegają, ale jak tylko jakaś agencja rządowa pojawi się w związku z ich działalnością, szef strzela focha i dalej pozostają bezkarni.

W kwestii akcji – bieda. Czwarty odcinek dobitnie pokazuje, jak słabe sceny akcji nakręcono. Najsłabsze w całym Arrowverse. Nie wiem, czy kostium był za ciężki, czy wszyscy spece od walk poszli pracować przy czymkolwiek innym, byle nie przy Batwoman, ale nawet naciągana Mia Queen nie zrobiła tak złego wrażenia, jak Batwoman.

Na deser mamy szmacenie wątków związanych bezpośrednio z Batmanem. Insynuacje, że zniknął, bo zabił Jokera (17. odcinek). Hush został tu antagonistą Kate i niemal takim samym półmózgiem jak Bane z Batman and Robin. Bez jaj, jeśli chcecie zobaczyć, na co naprawdę stać tę postać, koniecznie przeczytajcie Batman: Hush.

Żeby oddać sprawiedliwość, w trakcie tych 19 odcinków da się dostrzec parę niegłupich pomysłów. Jest taka rozmowa, w której Luke Fox tłumaczy, dlaczego Batman był samotny – są to argumenty w punkt. W innym Kate ma wyrzuty sumienia z powodu zabicia kogoś, ale ten motyw zostaje od razu zarżnięty przez brak konsekwencji i natychmiastowe przejście do porządków dziennych bodajże w kolejnym odcinku. Aktorka grająca Alice wypada najlepiej, ale nie jestem w stanie określić, czy to nie dlatego, że pozostali są do chrzanu. Ba, jest to jedyna postać, która ma wyraźnie nakreślony charakter oraz cel i konsekwentnie się go trzyma. Jej relacja z przybranym bratem to jedyna nić fabularna mająca względnie logiczny początek, rozwinięcie i zakończenie.

Całość sprawia wrażenie, jakby za każdym razem ktoś wpadał na dobry pomysł, ktoś inny tłumaczył, że nie ma na to czasu, trzeba po raz n-ty podkreślić, że Batwoman to kobieta silna i lesbijka, po co komu fabuła? Seans każdego odcinka męczy, a gdyby zrobić z serialu drinking game polegającą na walnięciu lufki przy każdym idiotyzmie, widz zszedłby z tego świata z zatruciem alkoholowym prawdopodobnie po góra dwóch odcinkach. Nie szukam sensu egzystencji w serialach o trykociarzach, toleruję także te głupie. Jeśli jednak coś jest tak głupie, że nawet mnie głowa boli, a przy tym wciska mi, że jestem uprzywilejowanym bucem tylko przez wzgląd na płeć (tak jest, już nawet kolor skóry nie ma tu znaczenia, bo młodemu Foxowi też się dostaje od scenarzystów – uczennica ze szkoły średniej z powodzeniem go zastępuje w jednym z odcinków), to ja podziękuję. Moja ocena: 1-. O jakości serialu niech świadczy też to, że nawet Ruby Rose/Batwoman spierdzieliła z produkcji po tym sezonie.

niedziela, 5 lipca 2020

Supergirl – Season 5

Będzie krótko, bo sezon jest tak nudny, że nie ma o czym pisać. Można podzielić go na trzy warstwy. Numer jeden – wirtualna rzeczywistość.  Wątek stara się poruszać problemy rodem z Black Mirror, ale w zasadzie tylko o nich wspomina, bez głębszej analizy. Numer dwa – nowy wróg, Leviathan. Grupa osób, która stara się trzymać ludzkość za pysk. Przypisuje się im np. powódź w czasach Noego, zniszczenie Pompejów itp. Numer trzy to powracający po Kryzysie na nieskończonych ziemiach Lex Luthor, brylujący między dwoma poprzednimi.

Założenia brzmią nieźle, ale jak już wspomniałem, efekt końcowy jest nudny. Zamiast rozrywki autorzy fundują bardzo słabe umoralnianie widza. Poruszone problemy (o ile można je tak nazwać) sprowadzają się do: ci ludzie mają źle, a reszta świata nic z tym nie robi! Ale mamy nasze dziewczyny i one wam pokażą!

Jeśli ktokolwiek miałby próbować męczyć się z tym sezonem i szuka pretekstu, to dam mu dwa. Pierwszym jest odcinek z powracającym Wynnem. Nie jest to jakieś scenariuszowe złoto, ale udało się pokazać, że Wynn dojrzał i potrafi stanowić trzon odcinka, nawet jeśli mamy powtórkę z rozrywki w postaci Toymana i jego dziedzictwa.

Drugim powodem jest Jon Cryer i Lex Luthor w jego wykonaniu. Tutaj przeszedł od fajnej interpretacji do pełnoprawnego Luthora. Fakt, wizualnie nie będzie tak  zastraszający jak choćby wersja z komiksu Briana Azzarello, ale jak tylko otworzy gębę i omówi swój plan, nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z Lexem.

Niestety, jeden odcinek i nierówna ilość czasu ekranowego dla Lexa mogą nie wystarczyć, by zatrzymać widza przy ekranie. Już pal licho forsowanie poglądów, czy ogólnie pojętą płytkość. Jeśli serial o trykociarzach nie potrafi bawić komiksowym klimatem albo rozpierduchą, a tylko napina moralizatorskie mięśnie, to jego autorom pomerdały się chyba gatunki i to, czemu mają służyć. Przy całej mojej sympatii do Jona Cryera i jego kreacji są to tylko ochłapy na tle całości. Moja ocena: 1+.

niedziela, 3 maja 2020

Black Lightning – Season 3

Najlepszym podsumowaniem (tak na dzień dobry): bardzo dziwny sezon. Od samego początku twórcy próbują eskalować konflikt nakreślony w drugim sezonie. Jednak pomimo rozproszenia postaci i dość „trudnej” sytuacji mającej symulować okupację, nie czuć zagrożenia, przez co znowu ciężko się w cokolwiek zaangażować. Dodatkowo odniosłem wrażenie dreptania w kółko. Na każdą decyzję, która miała popchnąć rozwój wydarzeń do przodu (np. BL atakujący kluczowe miejsce) przypadała inna przywracająca pierwotny stan rzeczy (główny zły mówiący: Wiem, że to ty, ale nie mam dowodów. Następnym razem nie upiecze ci się). Taki stan rzeczy trwa mniej więcej do eventu łączącego wszystkie serie Arrowverse (Crisis on Infinite Earths). Potem serial rusza z kopyta, choć nawet tu nie pozbyto się pewnej dozy „bezpieczeństwa” zwalniającego tempo. Więc zamiast totalnej rozwałki między dwoma (czasem trzema) frakcjami jest zabawa w partyzantkę lub potyczki typu 5 na 5. Ponadto im bliżej końca, tym bardziej czuć wypełniacze. Seria ma tylko 16 odcinków, ale w końcowych odnosi się wrażenie, że co druga scena kopana to zapchajdziura. Niemniej jednak trzeci sezon udało się zakończyć tak, że odczuwa się satysfakcję i gdyby serial na tym stanął, byłoby ok.

Najzabawniejsze są zmiany w pisaniu samej opowieści. W dzisiejszych czasach, gdy porusza się tematy rasowe, mniejszości seksualnych, czy równości płci, autorzy ograniczają się do wrzucenia tego do wora z napisem „Różnorodność”, byle tylko odfajkować pozycje na liście. W pierwszych dwóch sezonach miałem takie wrażenie. W trzecim autorzy chyba wreszcie doszli do wniosku, że pora opowiedzieć coś ciekawszego, a postacie nie skupiają się na aspektach z wora. Nadal posiadają te cechy, ale tym razem nie są nimi ograniczone. Nie ma np. sytuacji, w której postać jest wkurzoną lesbijką i to tyle, co da się o niej powiedzieć. Gdy jedna z córek mówi BL, żeby sobie wsadził swój „man privilage”, ojciec patrzy na nią na zasadzie: „Czyś ty na łeb upadła?” Potem następuje dialog próbujący uzasadnić zdanie córki i niby od początku wiadomo było, o co jej chodziło, ale właśnie ten dialog pokazuje, że twórcy nie chcą rzucać stereotypami i pustymi archetypami, że jest miejsce na rozwój. Fakt, nadal zdarzają się niewprawne rozmowy typu „Naziści to zło całego świata.”, które potem są popierane przykładami innych konfliktów tylko po to, by efekt końcowy został zaorany toporną sceną następującą po rozmowie. Ale całościowo widać rozwój, a to już coś.

Trzeci sezon Black Lightning ma swoje problemy, jak nierówne tempo na początku i trochę zbyt nieśmiałe eksperymentowanie z formułą. Nie do końca też podobało mi się odejście od street level hero z pierwszego sezonu na rzecz większej skali rozpierduchy. Ostatecznie bawiłem się dużo lepiej niż poprzednio. Na tyle lepiej, by dać ocenę 4-, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że aspekty, które w moich oczach podciągnęły poziom, dla innych mogły być niewystarczające, co czyniłoby sezon trzeci takim samym, trójkowym przeciętniakiem, jak jego poprzednicy.

niedziela, 8 marca 2020

Arrow – Season 8

Ostatni sezon Arrow. Czym się wyróżnia? Jak na jego nietypową długość (raptem 10 odcinków), zaskakująco wieloma rzeczami.

Od pierwszego odcinka czuć, że trwa zamykanie wątków. Mimo to w wielu z nich da się odczuć pewną epizodyczność niczym w pierwszym sezonie. Krótko mówiąc: po raz pierwszy od czterech sezonów motyw przewodni nie przesłania tematu danego odcinka. Tak skondensowane historie ogląda się dużo lepiej. Wyciśnięto, ile się dało z alternatywnych rzeczywistości, a finał pierwszego epizodu żywcem przypomina sposób, w jaki zaczynał się komiksowy Crisis on Infinite Earths.

Ta epizodyczność ma jednak również swoją wadę. Jeśli wątków w danym odcinku jest więcej niż dwa (bo minimum dwa są zawsze), ciężko nie odnieść wrażenia, że są pocięte i pędzą na złamanie karku. Dodatkowo przynajmniej dwa ostatnie odcinki są już bez udziału Olivera (nie licząc pojedynczych scen) i służą wyłącznie budowie fundamentów nowych serii. Wiadomo już, że stacja zastanawia się nad Green Arrow and The Canaries, w której główną rolę będą pełnić panie: Mia (córka Olivera) i obie Black Canaries. O ile podoba mi się koncept, o tyle nie do końca przekonuje mnie wykonanie. Mia jest drobniejszej budowy i pewnie, że może skopać komuś tyłek, ale próba kręcenia scen akcji tak, jakby to był Oliver (który jest zauważalnie większy), wygląda… koślawo. Drugim serialem (choć nie widziałem jeszcze potwierdzenia) sugerowanym przez teaser z ostatniego odcinka jest Green Lantern i tu akurat nie mam obiekcji. Diggle to dobry wybór.

Ze smaczków należy jeszcze wspomnieć o tym, że Oliver przewija się w roli Spectre. Żeby było śmieszniej, zanim ją otrzyma, spotka poprzedniego Spectre – Corrigana. W tej samej scenie obecny jest również John Constantine, który komentuje, że to nie ten Corrigan, którego on zna (fakt, aktor inny), co jest o tyle zabawne, że w solowej serii Johna wątek Corrigana był prowadzony właśnie w kierunku zostania Widmem.

Byłby to całkiem dobry sezon, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze – dwukrotnie uśmiercenie Olivera w związku z eventem. Pierwszy zgon – podręcznikowo przedstawione odejście bohatera. Drugi zgon – WTF? To prawie tak jak The Rise of Skywalker próbujący odkręcić The Last Jedi (pomijając poziom obu filmów, chodzi o nieporadność, z jaką to próbowano zrobić). Przez niego rozwodniono impet pierwszego i spłycono finał całego wydarzenia. I o ile lubiłem przypał, jakim był Beebo w trzecim sezonie Legends of Tomorrow, o tyle jego „cameo” na finiszu Kryzysu pasowało jak pięść do nosa.

Drugą rzeczą jest coś, co niestety ma miejsce od czwartego sezonu wzwyż: w serialu Arrow jest coraz mniej samego GA. Z tych właśnie powodów zaniżam ocenę ósmego i ostatniego sezonu z 4 do 3+.

niedziela, 11 sierpnia 2019

Legends of Tomorrow – Season 4

Od razu przyznam, że nie bardzo wiem, co napisać o tym sezonie. W dużej mierze dlatego, że… to więcej tego samego, co w trzecim. I nie mam na myśli powielania samej formuły. Chodzi o kopiowanie jazdy bez trzymanki, jaką był poprzedni,

W finale S3 Legendom udało się pokonać demona. Tylko że tym samym rozwalili jakieś magiczne więzienie, z którego pouciekały magiczne poczwary różnego rodzaju (włącznie z jednorożcem-mordercą i wróżką-sadystką). I zabawa w naprawianie czasu zaczyna się od nowa.

Najważniejszymi zmianami jest dołączenie Constantine’a do stałego składu i wyrzucenie Wally’ego (widać, że autorzy Arrowverse nie mają pomysłu, co z nim zrobić). Naturalnie, to nie jedyna roszada. W całej obsadzie pojawia się wiele nowych postaci. Time Bureau zostaje mocno sformalizowane i obecnie jest utrzymywane z państwowego budżetu. Krótko mówiąc: dzieje się sporo i czuć, że twórcy gimnastykują się, by zabawić widza.

Niestety, wprowadzono też zmiany do wydźwięku opowieści. W S3 były poważniejsze chwile, ale ich liczba nie przesłaniała niczego, a one same wpasowywały się w miarę naturalnie w cały ten chaos. Tutaj czuje się, jakby ktoś nie był pewien, czy chce kolejnej, absurdalnej opowieści, czy może czegoś poważniejszego. Skutkuje to tym, że chwile mające nas wzruszyć, albo trzymać w napięciu wytrącają z rytmu i powodują niechęć do dalszego oglądania. Nie pomaga też banalne i słabe moralizatorstwo oraz ugrzecznianie, jakie pojawia się tu i tam. To pierwsze nie jest na szczęście tak żenujące, jak w Supergirl, ale nie da się go nie zauważyć. Zaś to drugie tyczy się np. Constantine’a i hipokryzji, jaka z tego wynika. Autorzy nie mają problemów z daniem do zrozumienia, co John robił i z kim chwilę temu w sypialni, ale z tym, że jest nałogowym palaczem już nie potrafią sobie poradzić. Przez co w każdej (albo w większości) scenie, w której jest John i Sarah, panna Lance zawsze zabiera mu świeżo wyjętego papierosa i wyrzuca.

Z ciekawostek muszę wymienić wątek Constantine’a, który ciągnie się jeszcze z czasu jego solowego serialu w innej stacji. Nie spodziewałem się, że ktoś to pociągnie, a tu niespodzianka. John ma szansę stawić czoła konsekwencjom jednego z największych wydarzeń w jego życiu. Na deser w tej samej sekwencji dostajemy easter egga, który fajnie nawiązuje do pierwszego sezonu Legend i przy okazji bezczelnie z niego kpi.

Wspomniane wady to punkciki w całym sezonie. Nie są to ilości hurtowe, jakie serwuje się choćby w czwartym sezonie Supergirl, ale jednocześnie nie da się ich zignorować. Doceniam, że starano się zapewnić taką samą rozrywkę, jak sezon wcześniej i zdaję sobie sprawę, że zmiany są potrzebne, ale w tym wypadku są to zmiany, które nie przypadły mi do gustu, przez co zaniżam (odrobinę) ocenę w stosunku do poprzedniej: 4-.

niedziela, 28 lipca 2019

Supergirl – Season 4

No i stało się, podtrzymuję swoją teorię, że póki co tylko trzeci sezon Supergirl zasługuje na jakąkolwiek uwagę. Czwarty? Cóż…

Sezon rozpoczynamy w iście Flashowo-Arrowowy sposób: każdy ma focha o coś i wyżywa się na jednej osobie. Potem jest jeszcze gorzej, gdyż każdy w miarę sensowny pomysł jest podawany banalnie. Jak tylko przebrniemy przez osobiste dramy postaci na ekranie, otrzymamy dość poważny wydźwięk fabuły, która pomimo przyziemnego poziomu (w porównaniu do poprzedniego sezonu) wypada bardziej przerażająco. Tylko że na samym założeniu i może dwóch odpowiednio mocnych scenach się kończy. W połowie sezonu wątek jest bagatelizowany i spychany na bardzo daleki plan. Przywołują go tylko, gdy chcą usprawiedliwić jakąś decyzję jednej czy drugiej postaci. W zamian dostajemy Supermana, który w evencie 2018 jest nie do zniesienia. Z pełnoprawnego bohatera został zdegradowany do roli worka treningowego i klakiera Kary. Trzeba jednak przyznać, że Batman wypadł jeszcze gorzej, bo pojechał sobie na „urlop”. Jeśli ktoś ma wątpliwości, dlaczego to totalna bzdura, niech obejrzy rozmowę Robina z Black Canary z serialu Young Justice. Tematem jest powód, dla którego Dick nie chce być Batmanem.

Potem autorzy serwują wariację na temat story arców: Superman vs. The Elite oraz Superman: Red Son. Niby można się cieszyć, że to coś znajomego, ale znowu potraktowane pobieżnie i świadczące o tym, że chyba pomysły się kończą. Fakt, że pierwotnie dotyczyły Kal-Ela również nie pomaga.

Taką naprawdę wisienką na tym wątpliwym torcie jest Lex Luthor grany przez Jona Cryera (tak, tego z Two and a Half Men). Jest ona na tyle fajną interpretacją Luthora, że Jesse Eisenberg mógłby się od niego uczyć. Nawet jego wypowiedź z piętnastego odcinka zdaje się nawiązywać do tamtego filmu: „I want to see if the Kryptonian pretender can bleed.”

I to tyle. Całą resztę serialu wypełnia pouczanie i moralizowanie widza. Na różne, banalne tematy. Mówię serio, wracamy do tandetnych morałów z odcinka, które są jeszcze gorsze niż wpychane na siłę „lekcje” na koniec kreskówek z lat ’80, które w ten sposób unikały bycia tylko reklamą zabawek (nie ma co się oszukiwać, i tak nią były). Kreskówkom jeszcze można to wybaczyć, bo dzieci są inną kategorią odbiorców (choć wiele animacji podchodzi do nich z dużo większym zaufaniem i poważniej niż produkcje dla starszych). Natomiast Supergirl jest przeznaczona dla widowni od nastu lat wzwyż. Tym samym taka konstrukcja opowieści sugeruje, że autorzy mają widzów za kompletnych idiotów nie potrafiących zinterpretować fabuły i jej niuansów po swojemu. Rezultatem jest nuda na wykładach i okazyjne zainteresowanie kilkoma odcinkami. Moja ocena: 2-.

niedziela, 30 czerwca 2019

The Flash (2014) – Season 5

Sezon zaczyna się dokładnie w momencie, w którym poprzedni się skończył. Nie ma żadnego przeskoku typu: pół roku później. W poprzednim sezonie od czasu do czasu pojawiała się tajemnicza dziewczyna. Tutaj od razu dowiadujemy się, że jest nią Nora West-Allen, córka Barry’ego i Iris z przyszłości, a także speedster o pseudonimie XS. Tym samym obsada znowu rośnie.

Nie wiem, co jest dziwniejsze w tym sezonie. Fakt, że motyw przewodni stanowi dokładne przeciwieństwo siódmego sezonu Arrow (w Arrow osoba z zewnątrz stara się rozbić rodzinę/dziedzictwo, we Flashu osoba z zewnątrz stara się utrzymać to w kupie), czy to że panuje tu taki sam bałagan.

Mniej więcej połowa odcinków nadaje się do oglądania. Przypominają klimat sezonów jeden i dwa, tylko trochę bardziej stonowany (z nielicznymi wyjątkami, które właśnie są tymi najlepszymi). Pozostałe odcinki to straszenie nowym łotrem – Cicadą, który cierpi na ten sam syndrom przepakowania, co Thinker, z tą różnicą, że zamiast kombinować, ten ma przypadkowo potężny gadżet do dyspozycji. Mało tego (tutaj rzucę spoilerem), gdy widz ma wrażenie, że ekipie udało się załatwić problem wcześniej, niż ustawa przewiduje, okazuje się, że w linii czasu jest kolejna osoba z tymi samymi możliwościami i trudniej ją pokonać… Yay? Poza tym, gdy robi się wielkie halo z powodu powrotu Reverse Flasha, kolejnego Wellsa oraz pojawienia się Godspeeda, a potem wszystko słabo wykorzystuje, ciężko się nie zdenerwować. Kiczowate perełki pokroju nawalanki między Groddem i King Sharkiem to za mało.

Wracając do bałaganu. Barry pozostaje hipokrytą w kwestii podróży w czasie. Non-stop przypomina Norze, że to jest be, bo przecież o Flashpoincie rzadko się już wspomina. Iris i Barry wreszcie wracają do swoich zawodów, ale nie są nawet w połowie tak wydajni w tym, jak Ralph w swojej działce. Ba, w ogóle wszystko, co nie dotyczy głównych bohaterów jest lepiej zrealizowane, nawet wątek z poszukiwaniem ojca Caitlin. Największa wtopa to jednak szkolenie XS, które wygląda, jakby było pisane z myślą o Kid Flashu, ale ten przecież siedzi w Tybecie i pomimo tego, że mógłby się przydać, nikt po niego nie dzwoni (ba, w piątym odcinku Iris twierdzi, że nie ma po kogo…). A dlaczego akurat to jest słabe? Bo zakończenie sezonu sprawia, że cały ten wysiłek można rozbić o kant tyłka. Na deser zostaje eksploatowany znany choćby z X-Men: The Last Stand wątek lekarstwa na meta umiejętności oraz to, że aktor grający Cisco podobno odchodzi z serialu, a aktorka odpowiedzialna za Caitlin rozważa to samo.

Jeśli więc macie cierpliwość, by wyłapać te przyjemnie kiczowate odcinki, piąty sezon zasługuje na 3-. Jeśli nie macie cierpliwości (co jest bardziej prawdopodobnym wariantem), to sezon jest tak samo słaby jak siódmy Arrow.

niedziela, 16 czerwca 2019

Arrow – Season 7

Sezon zaczyna się takim bałaganem, że nawet gdyby oglądać go bez znajomości słabych poprzedników, odechciewa się na starcie. Oliver siedzi w więzieniu, Felicity wraz z Williamem ukrywają się przed Diazem, Dinah próbuje działać w policji, Diggle wrócił do ARGUSa, a Rene kręci się wokół nowego Green Arrow, który pojawił się w mieście. Na deser mamy przebłyski przyszłości z udziałem m.in. Roya Harpera, która wydarzy się za 20 lat.

Nie licząc samych scen akcji oraz zakończenia wiodącego ku Crisis on Infinite Earths (choć nie oszukujmy się, nie ma co się nastawiać, bo lepiej opowiedzianego Flashpointa też potrafili zarżnąć), ten sezon to porażka. Pierwsze siedem odcinków koncentrujących się wokół Ricardo i więzienia jest tak nudne, że chce się je oglądać na podglądzie. Z kolei ostatnia 1/3 sezonu powoli wspina się z powrotem na stany średnie z sezonu 3, aby potem zaserwować kilka odcinków niemal pozbawionych głównego bohatera… W ogóle Arrowa jest tak mało, a jego wątek więzienny tak słaby, że pora na zmianę tytułu serialu na Oliver’s friends in action. Przynajmniej byłaby pora, gdyby nie to, że zapowiedziany sezon 8, składający się z 10 odcinków, będzie ostatnim. Pozostaje więc tylko odbębnić i ruszyć dalej.

Obsada również zachowuje się tak (ze Stephenem Amellem na czele), jakby im się nie chciało. Chociaż z takim materiałem to niespecjalnie ich winię. Dodatkowo następuje wykruszanie. Serial opuścili Mr Terrific, syn Olivera z teraźniejszości oraz, po zakończeniu sezonu, Felicity (no o jakieś 3-4 sezony za późno…).

Ostatnim gwoździem do trumny jest mowa podsumowująca serial. Tak jest, nie sezon, tylko wszystko, co było do tej pory. Oliver stwierdza w niej, że nie udałoby mu się nic osiągnąć, gdyby nie wszyscy ludzie, którzy wtedy stali wokół niego. Czyli z czepialskiego punktu widzenia dwa najlepsze sezony Arrow, w których Queen działał przede wszystkim sam, można rozbić o kant dupy. To trochę tak, jakby powiedzieć, że Year One Batmana, na którym po dziś dzień wzorują się różni twórcy, jest nieistotny… Bez komentarza. Moja ocena: 2-.

niedziela, 9 czerwca 2019

Black Lightning - Season 2

Tak jak pierwszy sezon zostawił mnie z uczuciem obojętności (bez rewelacji, ale i bez żałowania zainwestowanego czasu), tak drugi to istna kolejka górska. Niestety, nie do końca przemyślana, bo zamiast serwowania różnych wrażeń, na każdy dobry pomysł przypada spadek formy.

Otwarcie sezonu jest jednym najbardziej konsekwentnych, jakie widziałem w serialach, a już na pewno w Arrowverse. Oprócz kontynuacji wątków osobistych, pociągnięto też te społecznościowe – to na plus. Na minus trzeba policzyć to, że te drugie szybko się rozmywają, przez co gdy w późniejszych odcinkach pojawia się jakiś protest, to nie do końca wiadomo, przeciwko czemu (oprócz ogólnie pojętej niesprawiedliwości).

Kolejnym takim przykładem oraz powodem do zwiększenia zaangażowania widza są zmiany w postaciach. Drugi sezon uświadomił mi, dlaczego pierwszy nie dość, że był średni, to jeszcze pozostawiał mnie obojętnym na losy bohaterów. Otóż tutaj autorzy wreszcie postanowili naruszyć nietykalność postaci w zauważalny sposób. BL przynajmniej raz dostaje konkretny łomot, Jefferson traci stanowisko w pracy, struktura rodziny zostaje zachwiana, a do tego mamy powracającą osobę, która przechodzi przemianę. Ten ostatni wątek poprowadzono na tyle dobrze, że wręcz kibicowałem zaangażowanym personom. Ba, jego (prawie) koniec naprawdę mnie zaskoczył… Tylko że efekt końcowy strasznie rozmyto kolejnymi odcinkami, a w finale sezonu pokazano, że tak naprawdę wszystkie te starania można rozbić o kant tyłka…

Pozostałe elementy stoją na tym samym poziomie, co poprzednio. Średnie sceny akcji oraz efekty specjalne (choć tych jest więcej przez wzgląd na większą liczbę zaangażowanych metaludzi). Muzyka ciut bardziej zróżnicowana i całkiem fajna. Nawet główny zły powrócił, tylko przydupasów zmienił. Gdyby nie zakończenie sezonu, dałbym mu wyższą ocenę, a tak S2 jest dla mnie górną półką stanów średnich. Moja ocena: 3+.

niedziela, 3 marca 2019

Supergirl – Season 3

Przy tym sezonie zastanawiałem się, po kiego grzyba jeszcze oglądam ten serial (i nie jest to jedyna produkcja z tego uniwersum, która przyprawia mnie o tę myśl). Chyba tylko dlatego, że jest częścią Arrowverse i można go używać jako hałasu w tle, gdy inne seriale mają przerwę. Z takim podejściem zacząłem Season 3 i… trochę się zdziwiłem. Spokojnie, to nadal nie jest dobry serial.

Głównym wątkiem jest powrót Mon-Ela z przyszłości wraz z kilkoma osobami z Legion of Superheroes i pomoc Karze w powstrzymaniu kryptońskiej broni znanej jako Worldkiller.

Założenia same w sobie są w porządku. Uzupełniono je wątkami pobocznymi podobnej jakości. Autorzy chyba powoli oswajają się z myślą, że ich postacie są jednak dorosłe i dziecinnego zachowania jest tu odczuwalnie mniej (chyba w ramach sprzątania po dwóch poprzednich sezonach). Poważny ton jest narzucany przez samą opowieść. Trochę tak, jakby ktoś sobie przypomniał, jaką rozwałkę jest w stanie zrobić Supergirl i wreszcie dobrano do niej odpowiedniego przeciwnika.

Problemy pojawiają się tam, gdzie zawsze. Tani wygląd, niespecjalne efekty specjalne i motywy przyprawiające o zażenowanie. Worldkillers w komiksach robiły wrażenie potężnych, a tutaj to chudzinki w obcisłych ciuszkach, przydługich pelerynach i przydużych maskach. Demolka jest niby większa, ale czasami zbędna. Z jakiegoś powodu na szybkiego pojawia się też wątek o niesłusznych aresztowaniach i złym traktowaniu przez policję. Twórcy uniwersum mieli cały sezon takich tanich i ckliwych zagrywek (Black Lightning), ale z jakiegoś powodu muszą wpychać ich jeszcze więcej. I tak, dyżurną ofiarą jest Jimmy Olsen. Całość wciśnięto w jeden dialog jednego odcinka. Niby ma to służyć czemuś w fabule, ale sprawia wrażenie doklejonego, „bo tak”. Nie, że takie historie nie są potrzebne, tylko jeśli mają być dorzucane, by odhaczyć listę obecności, to szkoda czasu.

Z ciekawostek wymienię obecność Erici Durance, która grała Lois Lane w Smallville. Tutaj pojawia się jako Alura Zor-El, matka Kary. Zastępuje w tej roli poprzednią aktorkę, Laurę Benanti. Z kolei finał sugeruje spore przetasowanie w obsadzie, a przynajmniej zmianę czasu antenowego poszczególnych postaci.

Jeśli macie obejrzeć jeden sezon Supergirl, to niech to będzie trzeci. Tak, wiem, w drugim jest Superman, ale to niewiele pomogło. Moja ocena: 3-.

niedziela, 17 lutego 2019

The Flash (2014) – Season 4

Kiedy potwierdziła się informacja, że głównym przeciwnikiem Flasha będzie wreszcie ktoś inny, niż kolejny speedster, miałem nadzieję na przyzwoitą rozrywkę, a już na pewno lepszą, niż przy poprzednim sezonie. Niestety, podobnie jak z szóstym sezonem Arrow, tutaj również autorzy cierpią na syndrom przekombinowania.

Nowym wrogiem sezonu jest Clifford DeVoe, znany także jako The Thinker. Osobnik tak genialny, że przewidział i ustawił sobie ciąg dość specyficznych wydarzeń, dzięki którym chce wprowadzić własną wizję świata w życie. Założenia fajne – realizacja już nie. Efektem końcowym jest postać świetnie zagrana, ale irytująca jak Savitar i antagoniści z Arrow S6 razem wzięci. Przez cały seans towarzyszy zmęczenie: bohaterowie znowu dostali łomot, znowu Thinker zrobił ich w konia, dajcie już finał. Najgorsze jest to, że podobnie jak w sezonie numer 3, tutaj również zapchajdziury są boleśnie odczuwalnym przedłużaniem agonii (choć z drugiej strony nie ma ich aż tylu), a dodatkowe postacie, które można by wykorzystać do pokonania DeVoe (na ciebie patrzę, Wally) są zamiatane pod dywan chyba tylko dlatego, żeby nie okazało się, że Thinker nie jest zbyt do przodu ze wszystkim. Z drugiej strony jeśli nawet rada Wellsów mu nie sprostała (pomysł powodujący flashbacki z Ricka i Morty’ego), to co dopiero kilku dodatkowych speedsterów? To nie wszystko, natłok postaci i upychanie ich do kolejnych wątków stwarza ten sam problem, co z Arrow – Barry’ego jest coraz mniej, przez co z The Flash robi się Team Flash and Associates.

Ostatnim minusem, o którym muszę wspomnieć, jest CGI – chyba póki co najsłabsze w serii. Najbardziej daje po oczach w ostatnim odcinku, gdzie autorzy serwują naprawdę ubogo wyglądającą wersję pewnej sceny walki z niemłodego już drugiego Matrixa.

Na plus policzę trochę większą pewność siebie Barry’ego, który nie jest nie do zniesienia, jak sezon temu. Gościnne występy, np. Katee Sackhoff, której kiczowata postać wypełnia lukę po wybrykach Wentwortha Millera, czy Danny’ego Trejo, który jebitnie nie lubi Cisco. Elongated Man – cały jego wątek, gra aktorska i rozwój od szemranego typa po bohatera poprowadzono dość zgrabnie. Tom Cavanagh – jak zwykle fajnie się go ogląda, a rada Wellsów dała mu pole do popisu i pozwala zmieniać wcielenia, kiedy tylko zechce.

Niestety, nie jest to wystarczająca ilość argumentów, zważywszy na liczbę odcinków, przez które trzeba się przebić, by obejrzeć coś fajnego lub zarekomendować sezon. Tym samym podtrzymuję twierdzenie, iż można śmiało zakończyć znajomość z serialem na drugim sezonie. Moja ocena: 3.

niedziela, 10 lutego 2019

Arrow – Season 6

Kolejny przeciwnik – kolejne intrygi zarówno na płaszczyźnie superbohaterskiej, jak i urzędowej (Queen nadal jest burmistrzem).

Na samą myśl o tym sezonie ziewam. Do tej pory myślałem, że czwarty i piąty ładnie obstawiły pewien poziom słabości po obu końcach (choć w rankingu irytujących idą łeb w łeb), a teraz szósty wcisnął się dokładnie między nie.

Po pierwsze: antagoniści – są z rodzaju tych uber genialnych: czego bohaterowie nie zrobią, poniosą porażkę. Dopiero na koniec jest szansa na jakieś rozwiązanie (a w tym sezonie naprawdę nie daje ono satysfakcji). Pół biedy, gdyby to jakoś sensownie opowiedzieć, ale w tym wypadku farsa ciągnie się przez calutki sezon. I choćby dlatego szóstka przegrywa z czwórką. Damien Darhk miał ogrom zasobów i władał magią. Potrafił planować i działać, ale wciąż pozostawał ludzki. Popełniał błędy, miał słabości, ryzykował tak jak bohaterowie. Jednak właśnie przez to (oraz osobowość) seans dawał jakąś namiastkę przyjemności. W sezonie 6 czynnik ludzki zminimalizowano (jeden koleś: zemsta, drugi koleś: bo chce, pozostali: kasa), przez co ci źli przypominają tępych bossów z gry komputerowej. Panowie Michael Emerson i Kirk Acevedo zwyczajnie się marnują, a sezon stanowi przez to kompletne przeciwieństwo frajdy, jaką miałem w trzecim sezonie Legends of Tomorrow.

Po drugie – brak istotnych zmian. Mamy gościnny wątek Deathstroke’a, występ Roya Harpera, najbardziej efekciarski (póki co) crossover i na wymienianiu się kończy. Wątek Slade’a urwano, bo włodarze WB/DC chcą zachować postać do umierającego uniwersum kinowego. Roy to wyłącznie epizody, a z crossoveru został tylko ślub Felicity i Olivera odwalony na szybko. Tyle że są to punkciki na tle całego sezonu. Pozostałą przestrzeń wypełnia (oprócz wiecznie niepokonanych adwersarzy i recyklingu pomysłów typu: Oliver idzie do więzienia) punkt trzeci (o którym niżej). Na domiar złego z serialem pożegnali się Willa Holland (Thea Queen) oraz Paul Blackthorne (Quentin Lance).

Po trzecie – drama, drama, drama. Bohaterowie żrą się z byle powodu. Nieważne, czy mowa o przeszłości, o jakiejś porażce, albo kto komu chomika zabił. Kłótnie i darcie gęby jeden na drugiego wypełniają większą część całego sezonu. Autentycznie zastanawiałem się, czy zamiast tego nie obejrzeć jakiegoś serialu o dzieciakach w liceum. Przynajmniej tam takie zachowanie byłoby uzasadnione. Efektem kłótni jest podział – na kolejne drużyny, kolejne osoby działają też solo, dzięki czemu Green Arrow jest przede wszystkim w tytule, bo w opowieści już nie bardzo. Moja ocena: 2.

niedziela, 3 lutego 2019

Black Lightning – Season 1

Przyznam, że nie czytałem żadnego komiksu z Black Lightning w roli głównej. Kojarzę go z gościnnych występów w takich nawalankach, jak Superman/Batman: Public Enemies, ale to tyle.

Początkowe założenia fabularne są ciekawe. Jefferson Pierce przeszedł na supberbohaterską emeryturę. Skupia się na swojej pracy dyrektora szkoły średniej oraz rodzinie. Niestety, jako że pewien gang urósł w siłę, jego działalność spędza sen z powiek dosłownie wszystkim, a policja nie daje rady, trzeba coś z tym zrobić. Zatem zgodnie z tekstem piosenki otwierającej serial: Black Lightning’s back.

Szkoda tylko, że cała reszta wypadła średnio. Twórcy chcą poruszać poważniejsze kwestie typu dyskryminacja rasowa, opieszałość policji, konsekwencje wynikające z rozwoju przestępczości, czy problemy z uzależnieniami wśród młodzieży. Tak jakby chcieli własną mieszankę Luke’a Cage’a i The Wire. Tylko z jakiegoś powodu zamiast liczyć się z podniesieniem kategorii wiekowej opowieść zapakowano w plastikową (z kostiumami i efektami specjalnymi włącznie) oprawę rodem z pierwszego sezonu Supergirl. Postacie są naiwne, przebieg akcji nie przekonuje, a na domiar złego każdy poważny problem zobrazowano za pomocą stereotypów przerysowanych do granic możliwości. Seria jest chwalona za to, że akcja rozgrywa się w takim, a nie innym środowisku, albo że taka, a nie inna postać jest pierwszą superbohaterką lesbijką… Szkoda, że na tym się to wyróżnianie kończy – odhaczaniu obecności bez pomysłu na ciekawą reprezentację. Może Luke Cage nie był wybitną produkcją, ale z 2/3 opisanych zgrzytów radził sobie dużo lepiej, zwłaszcza w przypadku postaci.

Jednak w przeciwieństwie do Supergirl i pomimo wspomnianej naiwności bohaterowie zachowują się znośnie (zwłaszcza jak na kategorię wyglądającą na PG-13), niektóre wydarzenia mają poważniejsze konsekwencje, a rozwałka nie zawsze stanowi 100% rozwiązania problemu. Ponadto BL jako postać jest w porządku. Fajnie zobrazowano to, jak Jefferson stara się wszystko rozpracować legalnymi metodami, ale nawet jemu żyłka pęka i właśnie wtedy zaczyna ciskać błyskawicami na lewo i prawo.

Pozostaje jeszcze przynależność do Arrowverse. Autorzy upierają się, że BL do niego nie należy, a nawiązania do Supergirl i Vixen miały być raczej kpinami z widza. Nie wiem, czy ktoś im mówił, że gdy seriale superbohaterskie CW wracały z przerwy, do teasera tego powrotu obok Flasha, Green Arrow, Legend i Supergirl wrzucono właśnie Pierce’a i spółkę. Tak więc nawet jeśli BL to inna Ziemia, ja go dopisuję do Arrowverse już teraz i wystawiam 3- za średni, ale nie najgorszy start.